Polub NaszePanstwo.pl na   

Glapiński



„H o t e l P a c i f i c
Szanowny Panie Redaktorze! Ledwo zdążyłem się przebrać, a już zauważyłem, że Edwarda Leara „Księga nonsensu" jest tu całkowicie wyczerpana i cała Ameryka od Bostonu do Buenos Aires czyta zamiast tego „Historię Polski" Adama Nowickiego i zaśmiewa się do łez. Dlaczego? Objaśnił mnie w tym względzie portier Hotelu Pacific:
— Widzi pan, panie Superowski, to jest tak: Od setek lat budujemy i budujemy. Do pewnego stopnia nuda. Żadnych cudów nad Missisipi. Żadnej misji dziejowej. Po prostu chcemy być pożyteczni dla siebie i dla świata. Trzeźwa kalkulacja i uporczywa praca. Drogi jest czas. Prawdziwie męskich cnót
mamy tyle, że aż nudno. A u was — tu portierowi zaiskrzyły się oczy jak dziecku, któremu dobry tatuś ofiarował na Gwiazdkę „Morderstwo przy ulicy Morgue" — u was inaczej.
Hej-ho! hej-ho! na księżyc by się szło. Cudy na pudy. Świątek co piątek. Rozmaite takie uroczystości i ekshumacje. Rokosze i banicje. Rozkosze i deklamacje. Pierwszorzędne cierpienia. Czasu tyle, że moglibyście go eksportować. Cnót zespołowych niewiele, ale za to fenomenalny talent do naklejania etykietek z napisem „cnota" w sklepiku z narodowymi grzechami głównymi.
I ta orzeźwiająca was jak „Pepsi-Cola" maź bezmyślności politycznej podlewana sosem z „misji dziejowej". U nas tragiczne termity, znużone trzeźwymi kalkulacjami. A u was: dal. I szarże kawalerii. I Sienkiewicz. Jakiż wspaniały cygański wiatr dmie przez wasze dzieje!”

Poznajecie?
To mój ulubiony fragment z Gałczyńskiego. Taki wizjonerski. Chociaż - czy aby? Wszak wystarczy nas, Polaków po prostu obserwować – z zewnątrz, gdy o zrozumienie trudno i właściwie go nie będzie; lub od wewnątrz, gdy zrozumienie i owszem jest – a z nim i gorycz wraz i fatalizm. Zatem nie wizjonerski, bo żadne to proroctwo – to po prostu stwierdzanie nagich faktów, narodowego zajoba, tego, co stygmatyzuje Polaka wyjątkowością. 
ABSURD.
Nie wydumany, nie sklejony z intelektualnych wycinanek dadaistów, nie wydumany przez znudzony realnością intelektualizm.
ABSURD szczery, naturalny, wrodzony. Wyhodowany stuleciami stawiania potrzeb najpierwszych daleko za ostatnimi. Wypieszczony i wychuchany setkami i dekadami lat wysuwania na piedestał strategii zbiorowego samobójstwa. Okolony  i  ogracony równym rzędem setek tysięcy czaszek, które, zamiast myśleć logicznie i dać swe życie rozwojowi kultury i narodowych idei – spłonęły iszcząc idee i owszem – ale idee straceńczego ABSURDU.
To było jak domino, jak powiedzenie „a”, aby potem powiedzieć „b”, „c” i dalej… Być może na początku była to jakaś forma odkupienia grzechów, zadośćuczynienia za głupotę, ekspiacji za małość. Oto mieliśmy wiek złoty, kraj potężny, szanowany, imperium nieomal. Kulturowe słońce, magnes na inne narody, wielonarodową wspólnotę, dumę, wielkość, satysfakcję i spełnienie.
I oto, na skutek pospolitej głupoty – wszystko to straciliśmy. Nagle, niespodziewanie, w szoku, w przerażeniu, gniewie i żalu – w dwa, trzy pokolenia.
Jak za to odpokutować? Jakie są możliwości samoukarania? Jakie głębie piekła, które można sobie zadać za pogrzebanie i utratę takiego skarbu? Jakie poświęcenia, samounicestwienie, pęd do ABSURDUda się wymyślić – aby były bardziej wyraziste i szalone niż te, które po rozbiorach urzeczywistnili Polacy?
Trudno mi sobie wyobrazić.
Ale wyobrażać sobie nie muszę: ten krwawy korowód powstań, hekatomba kolejnych generacji, to kilkusetletnie piekło całej polskiej diaspory i ludzi na trójrozszarpanym terenie, którzy nie byli pewni niczego, poza przekazywanym z pokolenia na pokolenie ABSURDEM, ten zaklęty krąg krwawej pokuty…
ABSURDEM…
Musimy ginąć, aby Ona mogła żyć…
No i ginęli. Na koniach, z szablą i przy trąbkach. Z łopotem proporczyków i w furażerkach.
Ale i w piwnicy, strzałem w tył głowy. W lepiance z krowiego gnoju w Kazachstanie.
Na Haiti, w wąwozie Somosierra, w Powstaniu Styczniowym, Listopadowym, Warszawskim…
Bo pchał ich zaklęty krąg ABSURDU: tego, który odbierał życie i siły, ale, równocześnie, jakimś zaklętym sprzężeniem zależności dawał też gwarancję przetrwania w gniewie i potrzebie rewanżu.
Potęga czasu i przestrzeni jest jednakowoż tak wielka, że nawet ABSURD musi się jej czasem podporządkować. Nawet metoda przetrwania pijanego wariata z ponadczasową racją może w końcu napotkać dziejowy wyjątek, novum, zaskakujący kontrapunkt, osobliwość. Wyspę ciszy i spokoju na oceanie wariactwa.
Był już taki moment, wsobny, dziwny, kłujący narodowy mit, jak kolce jeża kłują jabłko. Pewien zakres polskiej autonomii w Cesarstwie Austro - Węgierskim.
Z punktu widzenia piekącej żądzy ABSURDU - aby wszystko stawiać na jedną kartę i płonąć tylko po to, by przetrwała idea – był to od historii prezent dość przez Polaków niechciany. A i tak ukazał żywotność narodu: błyskawiczne sukcesy pracy organicznej, pozytywizmu, poezji, nauki, polskiej myśli politycznej…
Cóż z tego, skoro – historiozoficznie – były to pierwsze jaskółki przed zimą. Fakt – latające dekadami – ale za to przed stuleciem, które miało w całej okazałości wyjawić, że człowiek w istocie rzeczy, jeśli go tylko lekko poskrobać, jest wyłącznie ochlapanym krwią, sadystycznym drapieżnikiem.
Ta zatem żagiew nie mogła pokonać potęgi ABSURDU. Nie dał tej potędze rady Żeromski. Piłsudski. Sikorski. Tuwim. Anders.
Bo i rady dać nie mogli. Bo tężała wraz z opresją. Bo zdawała się jedyną drogą przetrwania. Absurdalne? A jakże! Całe generacje w piach tylko dla świadectwa: naród tężejący w ABSURDZIE tym bardziej, im bardziej zewnętrzny ABSURD na niego napiera. 
Oto geneza stwierdzenia, iż był „Cud nad Wisłą”. Pamiętacie czytanki? Ksiądz Skorupko (Panie, świeć nad Jego duszą, pewnie zacny i bohaterski kapłan), błękitne szaty Maryi nad polem bitwy, itd., itp…
Nie, że genialna strategia polskiego sztabu, nie, że ryzykowna kontrofensywa w ostatnim momencie, mnie, że operacja wojenna…
Cud! Cud, rozumiecie – bo endecja nie mogła przyznać, że bolszewików zatrzymał „socjalista” i rozwodnik Piłsudski… Nie planowanie, rozsądek, szanse, sensowne bohaterstwo. Cud.
Lenin, Dzierżyński, Hitler, Stalin… Cóż mogło takie galaktycznie potężne natężenie ABSURDU wyzwolić w Polakach? Cóż, jeśli nie dawkę tegoż ABSURDU już nie tylko nieprawdopodobną, ale wręcz epicką?
Polski Wrzesień. Powstanie Warszawskie. Monte Cassino. Lenino. Młodzi Polacy skaczący w Kazachstanie „na główkę” z pieca, żeby się zabić – bo nie zdążyli do armii Andersa.
ABSURD znajomy, choć zwielokrotniony. Szaleństwo znane, choć bardziej obłędne.
Trzeba było jeszcze parę dziesiątków lat.
I stało się. Nikt się nie spodziewał, a stało się. Paradoksalnie – właśnie w absurdalny sposób: bez oczekiwań, bez szczególnej nadziei, bez zachęt z zewnątrz i wbrew ustalonemu rytuałowi.
Polacy złamali ABSURD. Odkupili winę. Stwierdzili, że dość już szaleństwa. Kto by się spodziewał?
Może to siermiężny i otępiający bagaż prawie pięćdziesięciu lat komunizmu, może to walka z krępującą wszystkie ruchy niemożnością „socjalistycznej” beznadziei, może to wreszcie… eee… pójście po rozum do głowy?
Oto po raz pierwszy w roku 1989 „Wesele” Wyspiańskiego nie okazało się do Polaków pasować. Ale – jakim cudem? Jakim cudem, jak za pstryknięciem palców, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki – oto nagle z narodu romantycznych straceńców, płonących w wiecznej hekatombie staliśmy się narodem pragmatyków, zimnych kalkulatorów, potężnych spokojem obalaczy porządku świata, spokojnych własną racją, mozolnie dążących do celu reformatorów. Jak? How? Wie? Comment?  Come? 
Rzeź trwała setkami lat. A ci, co na nią szli, zostawiali jasne wiano: bądźcie, jak my, albo nie przetrwacie. I, faktycznie często tak bywało: kto się ideą nie przejął, rozpływał się w obcym żywiole. Kto się przejął – brał cały straceńczy bagaż ginięcia za honor – bo, po prawdzie, nie było innego.
Tak oto, po całych dekadach regularnego wyżynania inteligencji, arystokracji i szlachty staliśmy się narodem chłopów, którzy jednakowoż przejęli dziedzictwo. Narodem chłopów, który utrzymał się tylko dzięki duszom pomordowanych, którzy z zaświatów ustawiali tym chłopom światopogląd.
I tak oto każdy małorolny z łapami jak bochny, a z karkiem wcześniej nawykłym do jarzma – stał się szlachcicem. Może i śmierdzącym, może i bez francuskiego, może i bez kindersztuby – ale z takim samym straceńczym umiłowaniem wolności, co ci martwi bywszy „panowie”. Takim samym wielbicielem ABSURDU. Szaleńcem. Wariatem. Strażnikiem pieczęci. 
I hajda: Radom, Ursus, Poznań u Cegielskiego… ginąć za sprawę…
Ale, jak to pięknie powiada Goethe w „Fauście” – oto i ten, co wiecznie zła pragnąc i dobro zrobi. „Komuniści” sowieccy, jak każda wynaturzona sekta, niezbyt przejmowali się swoim pismem. A to, słowami Marksa, mówiło (a wbrew pozorom, Marks nie był aż tak głupi w obserwacjach, jak to się ignorantom zdaje – jeno niektóre wnioski miał od czapy) – iż robotnicy, którzy dostaną w ręce środki produkcji – sięgną po władzę.
Zdaje się, że ta prawda objawiona marksizmu sowietów mocno zaskoczyła – prawie tak, jak oby po najdłuższym życiu powinna biskupów katolickich zaskoczyć fraza o wielbłądzie i uchu igielnym :)
 Oto pismo się sprawdziło.
Aliści tym razem po władzę sięgnęli może i spadkobiercy ABSURDU, sarmaccy waszmościowie od pługa, kmioty z przyswojonym „panie bracie” – ale za to takie, które zdążyły już liznąć edukacji, pisma, książek, i SWOJEJ ziemi tudzież malucha 126p z daczą – i nagle się okazało, że bagaż ABSURDU i owszem, ale i bagaż tzw. chłopskiego rozumu także  wreszcie doszedł do głosu.
I - Voila! – obaliliśmy komunizm, potwora na jednej szóstej globu i zrobiliśmy wreszcie jaki taki porządek z własnym bytem.

**

Ale życie jest przecież, jak bajka. Nic nie jest do końca załatwione, przeróżne warianty zawsze są otwarte…  Czy macocha jest dobra, czy zła? Czy przypadkiem wilk nie przestanie być jaroszem? I kto, do diabła, jest synem kogo?

Nie straciliśmy miłości do ABSURDU. Ona w nas tkwi, wraz z całym waszmościowym kompleksem małorolnego szlachcica z Potockich Radziwiłła. Za krótko jeszcze jesteśmy trzeźwi. To nie tak łatwo rzucić nałóg.

„You’ve had one job”

Musiałeś tylko przyklejać w pokemonach oczka nad ustami, a nie odwrotnie. Co to jest?!

W Polsce premierem jest człowiek, który notorycznie kłamie. W zasadzie kłamie za każdym razem, kiedy otworzy usta. Ma nawet na to wyroki sądowe.
Ten człowiek rozmawiał w UE z osobami, zajmującymi się łamaniem przez Polskę praworządności. I opowiedział w polskiej telewizji, jak to tym osobom wyłuszczył, że polska izba odpowiedzialności sędziowskiej, powołana przez pisich ze złamaniem wszystkich możliwych zasad trójpodziału władzy,  nie zajmuje się bynajmniej sprawami politycznymi. Że 90 procent jej orzeczeń dotyczy gwałtów, kradzieży i deliktów pospolitych.
Tym ludziom w Europie ponoć „otworzyły się oczy ze zdumienia” – jak rzekł nasz premier.
I wiecie co? Sprawa gwałtu – była raz,  a wszelkie tego rodzaju sprawy, o których mówiono – 11 procent orzeczeń. Reszta  - polityczne.
Oto człowiek, który ma być ostoją prawdomówności (szef rządu!) – kłamie czterdziestu milionom ludzi prosto w oczy. Odwraca proporcje wprost: z jedenastu procent robi dziewięćdziesiąt. Publicznie.
Czujecie ten ABSURD? To nie ma znaczenia, że człowiek jest chorobliwym mitomanem, kłamcą i nosicielem choroby barona Munchhausena.
Znaczenie ma to, że pewien cynik, który tym krajem rządzi – trzyma tego kłamliwego pajaca na świeczniku, załatwiając swoje sprawy i realizując swoją chorą wizję – w wierze, że ABSURD powrócił, że ABSURDEM można się posługiwać, jak, za przeproszeniem, wibratorem w narodowe dupsko.

Z tego samego powodu mamy pana Glapińskiego ponownie szefem Rady Polityki Pieniężnej.

„You’ve had only one job”

Miał tylko nie dopuścić do inflacji.
Zatrudnialiście kiedyś hydraulika? Leciało mu z wszystkich rur? Płynęły stoły i kredensy? Brodziliście w szlamie? Strzelało was prądem z gniazdek, bo woda sięgała kolan? A on twierdził, że tak ma być, że to sukces i wróci za tydzień?
Jest taki jeden cynik, który porwał tłumy. Wierząc w odrestaurowanie wiary w ABSURD.
Póki co, wygrywa. Znowu szefem Rady Polityki Pieniężnej został facet, który – mając w zasadzie za jedyny cel  pilnowanie inflacji – topi nas w pieniądzach.
Na razie jeszcze stoimy w tym strumieniu na palcach. Choć po brodę już sięga.

**

Mam takie pytanko: jak bardzo, drogi narodzie, sprawdzacie się nadal w diagnozie Gałczyńskiego?
Tak bardzo tęsknicie za ABSURDEM?

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze