Polub NaszePanstwo.pl na   

Dziady



Początek listopada to pora szczególna. Wracają w pamięci twarze dawno nie widziane, jeszcze przez czas niezatarte, żyjące nadal w sercach. Chcąc, nie chcąc – jest to czas zadumy i jakichś podsumowań życiowych – póki jeszcze życie trwa.
To także czas wdzięczności dla tych, którzy odeszli. Dzięki którym jesteśmy. Którzy walczyli o to, abyśmy byli.
Mamy w rękach ich dziedzictwo.
Tym bardziej bolą uporczywe próby nam współczesnych, aby to dziedzictwo zaprzepaścić. Zaprzepaścić dawne marzenia, poniewierkę, walkę, nędzę, nadzieję. I krew.
Całych pokoleń położonych na stos.
A wszystko w imię pysznej głupoty, bo tymczasem oczadziałe miliony głosują na pazernych i pozbawionych sumienia hochsztaplerów, cyniczne zaprzeczenie marzeń przeszłości, tych, którzy chcą urządzić siebie, ale przy okazji, niestety, urządzą także nas…
Niechże ten tłum pustaków, ta ponura mierzwa, gotowa szafować dziedzictwem przodków za świecidełka i szklane paciorki – niechże oni śpiewają dziś ku chwale swoich PRZEDSTAWICIELI:


 
Pinokio w Brukseli
Czyli epos heroiczny o tym, jak pajacyk z drewna w fałszywości przerósł „ślepego” kota i „kulawego” lisa

 

Ujmijcie lutnie grajkowie,
Niech cytra i brzdąka cymbał;
Herosa czyny opowiem,
Co na Europę bimbał.

Rozpoczął wojnę światową
Z wrażym lewackim biesem,
Miażdżąc potworę ową
Jeno samowtór z Prezesem.

Pogromca mocy czartowskiej
Srom swój położyć gotowy
Dla Matki Aryjskiej Boskiej –
Że była spod Częstochowy.

(Chór męczenników za wiarę w białych komeżkach, sopran):

Uuu, chroni on wdzieńki
Najszej najświntszej Panieńki!

Ten to obiekt snów niewieścich
Starł się ze smokiem funduszy,
W Brukseli, niezacnym mieście:
To serce Prezesa też kruszy.

Rumieni się Prezes nieco,
Że o cześć jego rycerze
Walkę zażartą wzniecą –
Iż Prezes to Polska – w wierze.

Grają bębny i janczary,
Są husarze i huzary,
I głosik jękliwy premiera,
I jego okulary.

(Chór miejskich katów z zakrwawionymi toporami):

Uch! Niech łże aż do zimy!
Toporem nosek skrócimy!)

Za nim jest czerń ciemnoty,
Pijane faszystów mordy,
Morze zawistnej głupoty,
Kołtunów zatęchłe hordy.

On to zbiera w bukietach
Dla swojej Partii Matki
I do Prezesa z nim leci:
Czarne, cuchnące kwiatki…

Niesie kłamstwo, oszczerstwo,
Pychę, co durniów gubi.
Serwilizm, haki, złodziejstwo:
Och, Prezes to tak lubi!

(Chór praczek i pomywaczek z podgrodzia):

Mocarz Komisjom niezlękły,
Chrystianizator gejostwa,
Przed Wodzem tylko uklękły,
Orędownik probostwa.

Odrzuci euro głupie
W gęby niewiernym poganom,
Co wiary w kaczy kuper
Dekalog prawilny łamią!

Zwycięży Europę cnota,
Pląsa premier w swój koniec:
Sędziego zrobimy choć z kota,
Bo Prezes – po naszej stronie!

(Chór ruskich bojarów w futrzanych czapach, w tle bałałajka):

Wot zuchy! Wot bohaterzy!
Nu! Pora do macierzy…)

(Światła gasną)


No cóż, jest jak jest. Spod usypiającej publiczność cieplutkiej kołderki publicznych kłamstw coraz częściej wyłania się pazerna morda pospolitych krętaczy, W drogich garniturach, to fakt. Jednakowoż trudno tę pospolitość ukryć. Boli, że również przed całą Europą…
Ale – tu l’as voulu, George Dandin!
Pocieszające jest to, że każda niegodziwość, rosnąc tak gargantuicznie i chciwie, łamie się w końcu pod własnym ciężarem, choć straty będziemy zapewne liczyć przez dekady.
Fruwają już pierwsze jaskółki zmiany: rosnąca inflacja, pusty budżet, rosnący bunt coraz większej liczby ludzi, mających dość wpieprzania się w ich moralność butami pryncypialnych ciemniaków o mentalności fornala.
O, choćby jaskółka o subtelnym imieniu Marian:)
Patrzmy zatem, jak narosła i spasła niegodziwość zaczyna walczyć sama ze sobą i trzeszczeć pod własnym ciężarem:
Witamy kapelę z Mokotowa!

 
 
„Salwy z pancernika”
(nad rządem wschodzi aurora)



„Panie Wątróbka, jak pragne zdrowia,
Pacz pan, co to się dzisiej wyprawia:
W muszkie szarpany jeden mafioso
Cięsie Warsiawą, przyjeżdża z kosą.

Frajer z Krakówka sieje cykora.
Barłoży nieźle. Cała camorra
Jak te panienki nagle zesrane,
Że jem dintojra pozrywa sztamę.

Bajzel się zrobił na sto fajerek,
Tak mają mojra przed tym frajerem,
A on im smaży apiać bumagi,
Co to buchnęli, cwane łamagi.

Ale to, wisz pan, troszku ich wina,
Bo on, to nie był zwykły doliniarz;
Chewrę trzymali, że głowa boli,
A on ich teraz wszystkich chromoli.

Syna mu tknęła z ziądu łachmyta,
A on honorny, chociaż bandita.
Jego do mamra chco zapakować,
Lecz kizior nie da się zapuszkować.

Bardachę robi, panie, aż miło,
Co pokitrane – się wyjaśniło.
Koniec bajery! – mówi fagasom.
I, cieba przyznać, fetniak ma fason!

I na dużego ichnich papugie
Tyż ma papiery niewąskie drugie:
O różnych jego machlojach gada,
Tak jego kocha, jako psy dziada.

To, panu mówię, panie Wątróbka,
Jeszcie nielicha będzie rozróbka,
Niejeden pętak limo zarobi,
Bo koło pióra jem kizior robi.

I ja bynajmniej mam uważanie:
No, jak już panie jest zblatowanie,
To się numerów takich nie kręci,
Żeby to, wisz pan, familie dręczyć,

Bo nawet grubsze i te bandyty
Muszo mieć honor przecie łachmyty,
A nie jak zera być , czy tyż pindy,
Jak pirsze lepsze lafiryndy.”

„A kto ten kozak, panie Zielonka?
Cuś mie po dyńce nic się nie błąka?”
„No, taki Marian jezd charakterny…
Ale nazwisko… chiba Pancerny?”

A teraz tradycyjny rebusik – choć zgadzam się z przykrością, że poziom trudności ostatnio bardzo spadł.
Cóż to za pancernik tak dzielnie pruje odmęty?



Ci, którzy odgadli, mogą w nagrodę zwrócić się do Najwyższej Izby Kontroli, póki jeszcze magister Przyłębska nie przyklepała jej niekonstytucyjności, o przeprowadzenie kontroli w kwestii przechowywania drogocennych kart do głosowania, wydrukowanych przez imć Sasina.
Dla pierwszych stu tysięcy wnioskodawców – znaczące zniżki!

A ja, stawiając znicz narodowemu wieszczowi, pozwalam sobie jednocześnie zgrzeszyć niestety niniejszą trawestacją:

 
Dziady część IV


Chór: 
Zadusznej tej trzeba parady,
By wskazać, kto tu są dziady!

Prezes: 
Zamknijcie drzwi willi mojej
I stańcie dokoła teczek,
Niech ciemność spowija pokoje,
Story niech kto zawlecze.
Niech suk poblask tu nie wpada,
Nie wypada to przy Dziadach!
Tylko żwawo, tylko śmiało…

Płaszczak: 
…jak kazałeś tak się stało.

Chór: 
Zadusznej tej trzeba parady,
By wskazać, kto tu są dziady!


Prezes: 
Duszyczki na ziemi zaklęte,
Z jakiejkolwiek strony świata;
W Smoleńska bagna ciśnięte,
Usnarza czy drut was oplata.
Czyli która cierpi męki,
Czyli płonie niespełnieniem,
Czyli skrócić chce udręki
Lubo znaleźć ukojenie –
Każda śpieszcie do gromady!
Gromada niech się tu zbierze!
Oto obchodzimy Dziady!
Zstępujcie w święty przybytek,
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie, i napitek.

Chór: 
Zadusznej tej trzeba parady,
By wskazać, kto tu są dziady!

Prezes: 
Podajcie mi TSUE listy,
Zapalam je, wy z pośpiechem,
Skoro płomień płonie czysty,
Pędźcie go z lekkim oddechem.
O tak, o tak, dalej, dalej,
Niech się na powietrzu spalą.

Chór: 
Zadusznej tej trzeba parady,
By wskazać, kto tu są dziady!

Prezes: 
Patrzcież, no patrzcież powały!
Tam upiór chudy i blady;
Jak tuman mgielny raz biały,
To krwisty znowu od zdrady!
Kimże ty jesteś duszyczko?
Jakim niesiona łaknieniem?
Co cię przepełnia goryczką,
Jak zgasić twoje pragnienie?

Duch honoru: 
Ja jestem honoru duchem,
Głowy nie trzymam nisko,
Czci mej istnienie tak kruche,
A nadal padołu za blisko.
Kłamcy, potwarcy, złodzieje
Trą mym imieniem swe gęby;
Twierdzą, że w nich istnieję:
Plugawych oszustów zastępy!
Klną się ochoczo na słowo,
Przysiąg nie dotrzymując;
Śliską, pokrętną obmową
Na przyzwoitość plując…

Prezes:
Czego zażądasz więc duchu?
Czy jadła? Czy napoju?
By z potępienia ruchu
Dotrzeć przystani spokoju?

Chór:
Mówże, czego tobie braknie,
Czego pragniesz, czego łakniesz?

Duch honoru:
Chcę, byś nakazał swym sługom
Przestać mnie wciąż przyzywać;
Byś dalej jak psy ich rugał,
Lecz nie dał mną oszukiwać.
Żeby pojęli że jestem
Nie pustką ich demonstracji:
Pańskość ich pustym gestem,
Gdy żebrzą wciąż reparacji;
Że skoro krzywoprzysiężcy
Tak słabo godność swą dbają,
Niechże grzesznicy ciężcy
Nie twierdzą, jakoby mnie mają!
Pychą dwór twój wiedziony
I z miedzianymi czołami –
Gdy grozi co z której strony
Lęku są fagasami.
Niechże nie sieją zwidów:
Nie będą honoru wzorem,
A brak poczucia wstydu
Nie będzie nigdy honorem!

Prezes: Nie zrobię tego poczwaro.
Nie czułem nigdy litości,
Zostaniesz na wieczność marą,
Bez duszy, ciała i kości.
Nie chciałaś jadła, napoju,
Won z mojego pokoju:
A kysz! A kysz!

Płaszczak:
Dobrze jemu temu pan powiedział, panie Prezesie.

Chór: 
Zadusznej tej trzeba parady,
By wskazać, kto tu są dziady!


Prezes: 
Godzina szósta dopiero,
Straszydło już nowe się skrada;
Nie północ jest zero zero,
Obyczaj, jak widać, upada…

Płaszczak:
Prezesie najmędrszy stukrotnie,
Zegarek ma pan odwrotnie…

Prezes:
Kimżeś ty jest z kolei,
W zbytkownych, świecących szatach?
Czemu do rąk ci się klei,
Co palcem tylko oplatasz?!
Czemu cały złocony,
A jakby pordzewiały?
Ze wzrokiem rozbiegłym na strony
I drżący z żądzy cały?
Kimże jesteś potworze?!
Powiedz nam w imię boże!

Chór: 
Zadusznej tej trzeba parady,
By wskazać, kto tu są dziady!

Duch uczciwości:
Jestem uczciwość zgwałcona,
Wyzuta z czci i wiary,
Złodziejstwem twych sług złocona,
Lecz pusta w środku bez miary;
Jestem okazja, co czyni
Ze złodzieja złodzieja;
Ja jestem uczciwymi, 
Co bać się nie mieli teraz.

Prezes:
Czego zażądasz więc duchu?
Czy jadła? Czy napoju?
By z potępienia ruchu
Dotrzeć przystani spokoju?

Chór:
Mówże, czego tobie braknie,
Czego pragniesz, czego łakniesz?

Duch uczciwości:
Z waszych afiszy mnie zdejmij,
Daj odejść w zapomnienie;
Milczeniem me imię obejmij,
Pachołkom też nakaż milczenie.
Korupcja, nepotyzm i kradzież
Niech trwają wam nadal w cieniu,
Ale nie w ciągłej zdradzie,
Ale nie w moim imieniu!
Złodziejstw niech trwa rozpusta
Jako dopóty trwała;
Nie ze mną jednak na ustach,
Ja wolna odejść bym chciała!

Prezes:
Nie puszczę cię wolno duszyczko,
Bo prawdę jeszcze wydasz
I powiem cicho na uszko,
Że po wielokroć się przydasz…
Zgwałcimy cię jeszcze nieraz,
Dla powabu zhańbienia,
By była wciąż wiara szczera
U głupców twego istnienia.
Nie chciałaś jadła, napoju,
Won z mojego pokoju!
A kysz! A kysz!

Prezes:
[przysypia]

Płaszczak:
Panie prezesie… Panie prezesie… PANIE PREZESIE!

Chór:
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?

Prezes:
Cicho! Mordy wsadzić w kubeł!
Co śpiewacie, mnie nie lube!
Śniłem nowego upiora,
Gonił mnie w lesie z kości;
Okropna to była potwora,
Najgorsza z potworności.
Oczy i uszy wycięte,
A język rozdwojony;
Ścieżki jej syku kręte
I w piramidkę szpony…
Przebóg! Ona tu stoi!!!

Płaszczak:
Pan Prezes się przecież nie boi?

Prezes:
Ja się nie boję od dziecka.
Tu zimno tylko, stąd dreszcze…
Kolejna morda zdradziecka!
Ile to was tam jeszcze?!
Kimże jesteś, poczwaro?
I jaką cierpisz karą?

Chór: 
Zadusznej tej trzeba parady,
By wskazać, kto tu są dziady!

Duch prawdy:
Prawdam wielokroć zhańbiona.
Me imię jest bez znaczenia,
Kłamstwem na zimno duszona,
Martwa już bez wątpienia.
Mordują mnie twoi wyznawcy
Od rana do wieczora:
Ambony, radia, wydawcy,
Najczęściej w prime time’u porach.
Bezczelnie i w żywe oczy
Wpierają, że jestem żywa;
Choć robak łgarstwa mnie toczy,
Choć wieko fałszu przykrywa.
W komisjach truchło ciągają,
Malując szminką krzykliwą,
W nadziei, że naciągając,
Uczynią choć trochę żywą;
Lecz próżne na to nadzieje
I telewizji mdły brokat:
Głucho z zaświatów się śmieję,
Bo kłamstwo, to wasza opoka.

Prezes:
Czego zażądasz więc duchu?
Czy jadła? Czy napoju?
By z potępienia ruchu
Dotrzeć przystani spokoju?

Chór:
Mówże, czego tobie braknie,
Czego pragniesz, czego łakniesz?

Duch prawdy:
Dajcie mi lec już w grobie,
Niech nikt się dalej nie łudzi.
Ach – kłamcie swobodnie sobie,
Nie bojąc się Boga, ni ludzi;
Lecz mnie, tak wciąż od nowa,
Nie chciejcie seryjnie mordować.
Nie jestem smoleńską, lecz całą!
Dajcie raz szczątki pochować…

Prezes:
Patrzcież ją, jaka harda!

Płaszczak:
Ot, rozwydrzona pularda!

Chór: 
Zadusznej tej trzeba parady,
By wskazać, kto tu są dziady!

Prezes:
Topcie ją dalej powoli,
Od niej zależy tak wielu,
Niech czuje, niech dobrze boli.
Gdy odwieść nas chce od celu!
Nie chciałaś jadła, napoju,
Won z mojego pokoju!
A kysz! A kysz!

A to znów piękna maszkara!

Płaszczak:
Ha, ha, ha, sen – mara!

Prezes:
Obleśne to to tęczowo,
Imigranckie, łaciate,
Z odrutowaną głową,
Takie jakieś ciapate…
…na co się pcha przed oczy?!
Pogańskie jakieś szatany!
Może mu krwi utoczyć?
Choć jakby już krwią zalany…

Duch tolerancji:
Jam jest duch tolerancji,
Chcę abyś…

Prezes:
Ciebie tu nie ma wcale,
Spieprzaj stąd innowierco,
Ty chorobliwy pedale,
Abortowany bluźnierco!
Nie ma tu jadła, napoju,
Won z mojego pokoju!!!
A kysz! A kysz!

Płaszczak:
Tan miał bezczelność się zjawiać!
Lecz nowa się zjawa pojawia…

Prezes:
Dziwne mną nerwy miotają,
Ta zjawa od innych inna;
Włosy mi dęba stają,
Tężeć mi krew nie winna…
Jakby nieduże dzieciątko
W sukienczynie bielutkiej;
Cień zmarzły, niebożątko,
Takie to niewinniutkie.
A wzrokiem duszę przeszywa,
Wierci tymi ślepiami!
I nic się nie odzywa!
Uch, piekło i szatani!
A kysz, ty zmoro dusząca,
Na pamięć konających;
Raz zimna, raz gorąca…
Precz, ty bluszczu trujący!
A kysz z mojego domu,
Bo wezwę z suk kulsonów!

Płaszczak:
To na nic, panie Prezesie.
Nawet się nie odniesie…
Uparcie milczy nad nami
I tylko łypie ślepiami.

Prezes:
Płaszczaku, zamknijże mordę,
I dajże mi zebrać myśli!

Płaszczak:
Lecz tam ognista ręka
Tekst jakiś w tynku kryśli!

JAM PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ!
ZAPŁACISZ ZA SWOJĄ PARSZYWOŚĆ!
PRÓŻNO DWA RÓŻNE BUTY
CISKASZ JAK W OBŁĘDZIE:
NIE Z BUTÓW BĘDZIESZ WYZUTY,
A ME IMIĘ ZAWSZE BĘDZIE.

[kurtyna]

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze