Polub NaszePanstwo.pl na   

Drugi cud nad Wisłą (appendix do poprzedniego wątku, komentarzem Bacy inspirowany)

Nie posłuchano senatorskich głów. Rzeczpospolita nierządem stała, zdradą i sprzedawczykami.
Nie odczekano siedmiu pokoleń. Za nic miano ostrzeżenia nielicznych rzetelnych patriotów, za nic nawoływania serc szlachetnych. z niewiarą puszczano mimo uszu troski najpierwszych duchem w Ojczyźnie.
I oto okropne frukta – na warszawskich błoniach stoją naprzeciw siebie dwie potęgi: ta, która właśnie zmierzcha i ta, która się w chwale rodzi. Gdy Niemcy zaatakowali, niewielu było w kraju, którzy wróżyli dłuższy opór. Nauczeni doświadczeniami historii, nie poddali jednak Polacy swej reduty i walczyli dzielnie, jak to drzewiej bywało.
A wojna, choć toczona ze zmiennym szczęściem, choć widownią czynów godnych herosów i gladiatorów była, choć stąd i owąd dochodziły pogłoski o kolejnych bohaterskich epopejach, zdawała się jednak przechylać szalę fortuny na stronę niemiecką.
Bo cóż jeszcze mogło uratować Rzplitą, skoro wróg stanął u bram stolicy?
To tu, w parny lipcowy dzień, jak wieki temu, rozegrać się miała kolejna wiekopomna bitwa z odwieczną teutońską nawałą. To tu, zdawały się mówić nadwiślańskie wały, zwyciężycie synowie Piastów lub polegniecie.
Wódz, stojący na wzgórzu ze swymi wojskami, uważnie lustrował przedbitewną scenę. Nie spieszył się, swe armie w cieniu lasku mając. Dawał Niemcom możliwość zmęczenia się w upale i zarządził czwartą już mszę polową, koncelebrowaną przez księży Oko i Natanka, co gwarantowało, że nie tylko posługa duchowa, ale i rozrywka będzie.
 
Jeszcze raz podsumował w myślach sytuację.

A było niewesoło.

      Naprzeciw Polakom stanął sam kwiat niemieckiej armii. Jej trzon stanowiły tureckie bataliony, pocące się teraz w spiekocie, w swoich dwuipółlitrowych  stuningowanych BMW i Mercedesach kombi. Amunicja kebabowa powolutku rozpuszczała się w skwarze, modnie przycięte bródki drgały, kolczyki w uszach lśniły, tatuaże prężono.

Na lewej flance gotowały się do wyjścia w pole doborowe oddziały z całych Niemiec północnych i wschodnich. A to stali dzielni Hamburczycy ze swymi zmywarkami Miele, a to pieśni zagrzewające do boju intonowali waleczni Szwabowie na pralkach Boscha, a to Hesseńczycy i Drezdeńczycy szykowali ciężki bausprzęt Zublina, a to wreszcie Brandenburgia pyszni się Berlińczykami ze squotów, szykującymi przy sziszy i blancie groźne spraye bojowe.

Na prawej flance osadzono zaś prastare, rodowite niemieckie armie zaciężne: pułki Srilańczyków, Rumunów, Włochów, Hindusów, Marokańczyków i Kenijczyków karnie prezentowały broń.
W odwodzie stały oddziały piątej kolumny. Aż hadko opisywać polskich sprzedawczyków i zaprzańców, zdrajców wszetecznych, dowodzonych pospołu przez Tuska i Palikota – choć w wiecznej niezgodzie, to jednak razem, jako to bywa u diabląt na prawdziwą cnotę nastających. Pierwszy z nich, podążając w ślady dziada, hańbił się przynależnością do Wehrmachtu, biały płaszcz z czarnym krzyżem bogato szamerowany hakenkreuzami wdziewając i spluwając siarczyście, klął na podwładnych: „Gottvełdammt!” Drugi, skuszony tytułami, jako baron Szlezwiku, ze znudzeniem degenerata oczekiwał na rozwój wydarzeń. Jasnym stało się, czemu zdrajcy budowali autostrady, którymi Turcy swe grafitowe, granatowe i czarno metaliczne bryki przytoczyli. Już wiadomo, po co było kupowanie Pendolino od zdradzieckich Włochów.
Oboma dowodzi nikczemny generał Schroeder, wsławiony stosowaniem broni rurociągowo-gazowej.

Tego wojska mrowie całe, czerń nieprzebrana po horyzont i nie darmo chmurzy się mądre oblicze Wodza. Ale, by otuchę wlać w swe waleczne serce, kieruje teraz spojrzenie na oddziały polskie.
Tu trzon zdrowy i bitny, po wielokroć w kurzu walk sprawdzony, stanowią kibole. A chorągwi ile, a barw wszelakich, a umundurowań! Aż się serce śmieje do tych maczet, kastetów, kijów bejsbolowych…

Po prawej wspierające pułki dzielnych Węgrów. Przysłani z pomocą przez Orbana, aż palą się do walki. Dowodzi nimi nie byle kto, bo sam Czarnecki. Nikt nie rozumiał, co mówi, zatem dano mu Węgrów – a nuż się dogada? Grzeją silniki czołgi „Magyarvoloszelegundadyor”, co, w wolnym tłumaczeniu znaczy: „Pogrom lewaka”. Hetman Rysio stoi na czele na pysznym motocyklu żużlowym, w bogatym czapraku i wypina mężną pierś do przodu, lśniąc krzepiąco krawatem w biało – czerwone pasy.

Po lewej wojska pancerne. Dowodzone przez marszałka Hofmana, oparte na lekkich pojazdach opancerzonych typu „Leming”, mają przyjąć pierwszy impet natarcia. Wódz ze wzruszeniem patrzy na Hofmana i jego nieprzeciętnych rozmiarów buławę, na którą zerka z niejakim rozczuleniem.
Jest jeszcze odwód, ostatnia nadzieja, schowana za wzgórzem ostatnia deska ratunku.
 
      A jeszcze niedawno wydawało się, że do najgorszego nie dojdzie. Mądra, choć poraniona polska dyplomacja stosowała naprawdę „hardkor negosjejszyns”. Lecz na zapobieżenie złu, wyrządzonemu wcześniej, było już za późno.
Jeszcze tylko zezłomowano MIGi, bo diabłać, jak były serwisowane przez Ruskich i co w ich czarnych skrzynkach. Jeszcze tylko odesłano na emeryturę F-16, bo i Niemcy je mają oraz znają. Czasu było akurat tyle, by rozpocząć produkcję polskiego myśliwca. Prototyp nosił dumne imię „Lech”, co było nieco niezręczne, albowiem niejednemu Lech na imię i po co ryzykować głupie skojarzenia.
A teraz, może niedopracowane jeszcze, ale już gotowe do starć, latały nad całym krajem śmigłe „Rydzyki”, niewidzialne dla radarów wroga, bo gęsto moherem pokryte. I cóż, że niedopracowane, skoro, jak rzekł swego czasu renegat Komorowski, „Polski lotnik i na drzwiach od stodoły poleci”.  Chociaż wyrzutek, tak tu akurat rację miał. Z lataniem nie było źle, gorzej z lądowaniami, ale to już szczegół techniczny. Cała bieda, że całe lotnictwo było zaangażowane na szerokich połaciach pól bitewnych i pomóc nie mogło.
Takoż, z powodów oczywistych, marynarka walcząca na Bałtyku z przeważającymi siłami wroga. Prezydent walczącej stolicy, Ziemkiewicz, w podnoszących ducha ludności przemówieniach radiowych donosił o przewagach dwóch korwet: „Dumnego Kaczora” i „Melexa” oraz łodzi podwodnej o kryptonimie NN09. Niby NN, ale lud warszawski rychło przekuł to w „Niepokornego Niezatapialnego” i tworzył o jego legendarnych wyczynach nostalgiczne pieśni.
Jednakże brak wsparcia lotniczego, to nie jedyne osłabienie. Wódz liczył bowiem bardzo na najprzedniejszego ze swych marszałków, Antoniego. Ale nie ma go tu, niestety – mądra i przewidująca myśl strategiczna przeznaczyła mu zadania na innym odcinku frontu. Na wszelki wypadek tworzy struktury wywiadowcze i konspiracyjne przyszłej podziemnej armii.
 
    Kolejna msza się kończy, a Wódz zarządza następną. Snadź nie w smak to teutońskim grabieżcom, bo oto wysyłają poselstwo. Nadbieża rowerem damką z koszykiem pyszna i pogardliwa Steinbach, z najmodniejszą, krótką fryzurą a la sekretarka Frau Helga, staje przed Wodzem i w takie oto ozywa się słowa:

- Pani Kanclerz moja miłościwa, w nadziei, iżby wam męstwa do walki starczyło, a zatroskana szczerze, iże może motywacji braknie, przesyła oto tych dwóch nagich gejów gender.
Na co Wódz spokojnie odrzecze:
- Gejów ci  u nas dostatek. Aleć i tych dwóch przyjmiemy na znak, że nam żadna wasza przemoc niestraszna.
 
      I tako stało się: gdy słońce zachodzić poczęło, ruszyły „Lemingi” zdyscyplinowaną ławą, by zostać startymi w walce z oddziałami tureckimi. Dało to jednak czas, by ruszyły do boju słynne wojska kibolskie: zaczęła się jatka, jakiej nowożytne czasy jeszcze nie widziały! Dowództwo niemieckie rzuca do walki Srilańczyków i Rumunów, my – Węgrów i Hofmana. Tumult potworny, kurzawa bitewna, epicki rozmach.

Lecz cóż to? Byłyżby to ostatnie chwile? Niemcy już zaczynają się cieszyć na widok, że zdezorientowani zbyt dużą ilością danych kibole zaczynają prać się nawzajem! Słychać już „Hoch!” i inne wiwaty, lecą w górę hipsterskie rurki obniżone w kroku i inne fragmenty bezwstydnej garderoby! Jeszcze w zgiełku próbuje coś uratować kapelan Głódź, jeszcze nawołuje do opamiętania, skupia wokół siebie co waleczniejszą młódź, niczym niegdyś Skorupka. Ale zamęt i wątpienie wkradają się w szeregi…

Lecz cóż to znowu? Cud, cud nad Wisłą! Zza wzgórza, zrazu powoli, a potem już całym pędem, runęli w sam środek wydarzeń Gruzini, z gruzińskim winem, ostatnia deska ratunku, przechylając szalę na korzyść dobra, prawa i sprawiedliwości! I nie masz, nie masz odparcia dla takiej zaciętości; i nie masz, nie masz rady na taką determinację!
I to już tylko formalność, gdy całości dzieła dopełnia ryk wyrzutni ziemia–ziemia „Smoleńsk”, użytych ostatecznie ku chwale oręża polskiego!

Tak oto wojska jasnej strony mocy odniosły wiekopomną wiktorię. Państwa UE wcielono in corpore do federacji polskiej, IV Rzeczpospolitą Dwadzieściorga Narodów odtąd zwanej.
Wódz, za czyny waleczne docenion, został cesarzem Europy, a imię przyjął proste, ale godne: Jarosław I Wielki. To imię po dziś dzień budzi trwogę w sercach niegodziwych.
Aby zaś cesarstwo nie było bez dynastii, bytem jałowem, pracować począł (nomen omen) zespół starannie wyselekcjonowanych, patriotycznych dam dworu, pod przewodnictwem Pawłowicz - Minister Zdrowej Moralnie Prokreacji. Ale to już zupełnie inna historia…
 
A, jak świat długi i szeroki, w różnych językach i dialektach, dopotąd ludzie prawi nucą dumkę, przez Wolskiego z Pietrzakiem ułożoną, o chwytliwym, tęsknym refrenie:
 
„Żeby Polska była Wolską
Wodzu przykład dałeś!
Co jest białe – czernią gorzką;
A co czarne – białe.
 
Żeby Wolska, żeby Wolska,
Żeby Polska była Wolską…”

Komentarze  

 
Baca
+1 [1] #1 Baca
4 kwietnia 2014, 20:20
Sporo tego i rodzynków niemało. Ale ten najlepszy:
"...Nikt nie rozumiał, co mówi, zatem dano mu Węgrów..."
Wprawdzie postać niewybitna, ale swoiście pracowita. Nabiegał się chłopina, oj nabiegał. I niech ma!
Niepokoi mnie jednak milczenie w Kaczogrodzie. Ani chybi straszną zemstę planują. Ale czy co mądrego wymyślą?
Zacytuj
 
 
Taurus
+2 [2] #2 Taurus
5 kwietnia 2014, 21:52
Cytat:
Tak oto wojska jasnej strony mocy odniosły wiekopomną wiktorię. Państwa UE wcielono in corpore do federacji polskiej, IV Rzeczpospolitą Dwadzieściorga Narodów odtąd zwane
Victoria jest Victorią a zwycięzców, jak wiadomo, się nie sądzi. Taki mam jednak wredny charakter, że trochę dziegciu …. no, po prostu, muszę.
- Dlaczego wódz stał na wzgórzu? Wiadomo przecież, że posturą przypomina bardziej Łokietka niż Kazimierza Wielkiego (mam nadzieję, że ten był wysoki i postawny). Trzeba go było więc za wzgórzem ustawić, z głową wszelako widoczną dla wroga. Kompania strażaków, pod słońce wodę rozpylać powinna tak, żeby tęcza nad głową wodza stała;
- Nie wykorzystano w pełni przewagi marszałka Hofmana, którą matka natura go obdarzyła. Gdyby bardziej energicznie prezentował on swoją buławę – w czasie bitwy, oczywiście, nie w czasie mszy - to przynajmniej połowa wrogów padłaby na kolana, nie podejmując walki.
- Co do hetmana Rysia Czarneckiego, to miałem przed bitwą spore obawy, bo to obwieś i sprzedawczyk, co niejednego wodza już wykiwał. Genialna strategia polegająca na przydzieleniu mu Węgrów wyeliminowała jednak fizycznie możliwość (język) dokonania zdrady kolejny raz.

Poza tym strategia była wyborna. Szczególne efekty dały prototypy myśliwca Lech (nieważne, że cztery spadły zaraz po starcie), jako też śmigłe Rydzyki. Wrogi żołnierz tak przez nie został zaskoczony, że gębę ze zdziwienia rozdziawił, w którą to muchy z pobliskiego pastwiska z lubością wlatywały, całkiem do boju czyniąc go niezdolnym. Wyrzutnie Smoleńsk też swoje zrobiły, oczywiście.

Victoria zatem przeogromna a sława WODZA będzie nieprzemijająca.

Jeśli mi kogoś żal, to Antka. Nie mógł wykazać w bitwie swoich przewag, z których jest znany w świecie całym. Śpiewam więc sobie po cichutku „Tylko Antka, tylko Antka, tylko Antka, tylko Antka żal” na melodię „Dziś prawdziwych cyganów już nie ma”.
Zacytuj
 
 
Baca
+1 [1] #3 Baca
6 kwietnia 2014, 01:12
Zdania badaczy były podzielone co do tego czyja buława była słuszniejsza, tak w oglądzie jak i w użyciu - hofmanowa czy kaczmarkowa, stąd przy braku miarodajnych źródeł trudno pisać, by zasług nie pominąć.
Zacytuj
 
 
Simon
+2 [2] #4 Simon
7 kwietnia 2014, 21:43
cytat z basha:
" Najstraszniejsze jest to, że jeżeli wybuchnie kolejna wojna światowa tym razem będziemy walczyć ramię w ramię z Niemcami. A oni jeszcze nigdy nie wygrali. "

:)
Zacytuj
 
 
ZERRO
#5 ZERRO
8 kwietnia 2014, 11:44
Simon napisał:
" [...]będziemy walczyć ramię w ramię z Niemcami. A oni jeszcze nigdy nie wygrali. "

No proszę, a ostatnią wojnę to kto wygrał? Tylko nie mów, że Ruskie....
Zacytuj
 
 
Belfer
+1 [1] #6 Belfer
10 kwietnia 2014, 09:44
Nasz nieoceniony father boss przedstawił taką teorię kiedyś, że Niemcy wygrali. Wcale to nie oznacza, że żyje on w matriksie Phillipa K. Dicka ("Człowiek z Wysokiego Zamku"), ale ma swoją teorię spiskową.
Cała historia zawiera się według niego (o ile dobrze pamiętam) w Himmlerze, który tak pokierował wszystkimi wydarzeniami, żeby wojnę przegrać, ale ja wygrać dzięki ogromnym pieniądzom, jakie potem Ameryka w ten kraj zainwestowała.
Nie dopytywałem się, ale w takim wypadku w wygraną wliczone są miliony zabitych Niemców, tysiące zniszczonych miast, nędza granicząca z głodem przez kilka powojennych lat (jeszcze w latach 50' Duńczycy przyjmowali dzieci niemieckie na kolonie letnie, by się choć w czasie wakacji mogły najeść do woli), a także to, ze kilkanaście milionów Niemców do 89 roku żyło w poniżającym i robiącym z nich szpicli ustroju, pod butem radzieckich komunistów.
Jeśli to wszystko uznamy za nic nie znaczące koszty uboczne, to wypadnie zgodzić się z father bossem i orzec, że Niemcy wygrali wojnę.

PS. Simon, tekst jest świetny. Masz dobre pomysły, choć w zasadzie to nie ty... to prezes. Ale potrafisz to obrać w interesującą narrację. Powinieneś napisać jakąś powieść. :)
Zacytuj
 
 
Pan Prezes
-2 [2] #7 Pan Prezes
10 kwietnia 2014, 12:09
Belfer
Cieszę się za zgodność.
Bo przecież jakby przegrali, to nie widziałbyś tej różnicy po przekroczeniu granicy Polska-Niemcy.
No i po co tyle Polaków musi jeździć na roboty do Niemiec?

PS
Już nie wspomnę słynne "Niemcy mnie biją", czy też "Hail Hitler".
Zacytuj
 
 
Belfer
+1 [1] #8 Belfer
10 kwietnia 2014, 18:33
Nie ma żadnej zgodności. Wyśmiałem twoją fantastyczną teorię. Jest na tyle kiepska, że nawet na SF się nie nadaje.
Zacytuj
 
 
unregistrd
+2 [2] #9 unregistrd
11 kwietnia 2014, 19:14
Bąba wybóhneła w salonce prezydĘta pisu!
To jakim cudem ciało prezydĘta było najlepiej zachowanym ciałem ze wszystkich znalezionych po tym "wybóhó"?
"Pan Prezes" - po 1989 roku ormowcy już nie są panami, a pezetpeerowcy prezesami.
Więc sowiecki burku lecz sobie kompleksy u specjalisty.
Zacytuj
 
 
unregistrd
+2 [2] #10 unregistrd
11 kwietnia 2014, 19:19
Taki stary dowcip z czasów, kiedy werbowano członków do organizacji w której za komuny aktywnie się udzielał "pan prezes":
Egzaminator pyta kandydata:
- dwa razy dwa?
- trzy
- dobra, przyjęty, niedouczony - następny, dwa razy dwa?
- pięć
- przyjęty, przeuczony - następny, dwa razy dwa?
- cztery
- nieprzyjęty
- a dlaczego?
- bo my tu filozofów nie potrzebujemy.
Zacytuj
 
 
Baca
#11 Baca
18 kwietnia 2014, 18:06
Ciiiisza, a w polityce wrze. Więc czemu ta cisza?
Dochodzę do wniosku, że to forum tworzą ludzie, którzy nie cierpią głupoty, zadęcia, małostkowości, mieszaniny kompleksów wyższości i niższości zarazem. Skoro w Kaczogrodzie cisza to tak jakby głupota, małostkowość itd przestały istnieć. Nie ma co robić. Z czego tu drwić jak FB wyparował? PP zasnął.
Panowie! Wielkanoc! Pora zmartwychwstać! Alleluja i do przodu!
Zacytuj
 

Dodaj komentarz

Zarejestruj się, aby nie mieć ograniczeń w komentowaniu:
- nieograniczona ilość znaków (niezarejestrowani mają limit do 1000)
- możliwość korekty swojego komentarza przez 5 minut od momentu publikacji
- możliwość wstawiania obrazków bezpośrednio w komentarzu (przycisk)
- możliwość oceny komentarzy innych użytkowników
- brak zabezpieczenia antyspamowego CAPTCHA, czyli wysyłasz bez podawania kodu z obrazka

Kod antyspamowy
Wygeneruj nowy, bo nie mogę się rozczytać