Polub NaszePanstwo.pl na   

Zawodowcy i amatorzy

  • Kategoria: Polityka
  • Belfer
Z czasów młodości pamiętam igrzyska olimpijskie, na których polska drużyna zdobyła złoty medal w piłce kopanej. Hurra, byliśmy świetni. Te polskie sukcesy przełożyły się na tysiące patriotycznie nastawionych kibiców*, którzy sami "haratali w gałę" gdzie tylko się dało. Niektórym pozostało do dziś, przykładem premier Tusk.
Ktoś mi wtedy wytłumaczył, że ten cały sukces to można o kant d.. złamać, bo zawody olimpijskie to spotkania amatorów, a nasi to przecież zawodowcy. Zacząłem drążyć temat i faktycznie. Nasi najlepsi piłkarze w PRL byli formalnie górnikami, żołnierzami, pracowali na fikcyjnych etatach, a tak naprawdę zawodowo haratali w gałę. Ci z krajów zachodnich, to nie byli ci sami grający w najlepszych klubach, tylko prawdziwi amatorzy (z wyjątkiem tych z innych demoludów). To było tak, jakby peowska drużyna Donalda Tuska stanęła naprzeciw zawodników Arsenalu, Chelsea lub Feyenordu. Jestem przekonany, że piłkarze Tuska wygraliby z naszą narodową reprezentacją (bo to dopiero są amatorzy), ale przeciw zawodowcom byliby bez szans.
A skąd ten cały pomysł pisania o piłce? Impulsem był komentarz Simona, który dość słusznie napisał: "Przepraszam, jeśli się mylę - ale i tak spotkanie dwudziestoletniej demokracji z dwóchsetletnią przebiega w miarę bezboleśnie: o wielu jeszcze rzeczach zapewne nie wiemy…"
Czyli zabawa w politykę to dla nas jeszcze amatorszczyzna, oni tam już są od dawna zawodowcami. Prawda. Jednak jest jeszcze coś - różnica wagi. To tak jak byście chcieli z jednej strony ringu postawić Pudziana, a z drugiej prezesa Kaczyńskiego. Zaraz, zaraz, nie ma co się uśmiechać, to tylko teoria.
USA nie są najstarszą demokracją i w tej mierze to mogą Anglikom najwyżej buty czyścić, nie mówiąc o również bardzo szacownych choć mniejszych krajach - jak Szwecja, Dania, Szwajcaria. A jednak w sprawie drugiej wojny irackiej wydymali tak samo pięknie nas, jak i Anglików oraz Duńczyków. Mają też jednak pozycję Pudziana, a Polska to mały cherlaczek.
Oglądałem ostatnio głośny serial "Firma". To taki trochę film sensacyjny, trochę kryminalny z elementami sądowymi, ale też nieco political fiction. Uderzyło mnie coś w jednym epizodzie. Otóż w jednym odcinku zostaje zabity młody człowiek, są świadkowie, ale nie ma zwłok. Bohaterowie filmu dochodzą do wniosku, że ów młody człowiek ze względu na swoje powiązania z terrorystami został zabity przez tajne służby. Pojawia się kwestia istnienia listy osób "do zabicia", która zatwierdzona jest przez najwyższe władze, a nawet wręcz przez samego prezydenta.
I tu dywagacja - nie wiem, czy to możliwe i realne. Czy realna jest opcja, że Obama siada w swym gabinecie i dostaje listę powiedzmy dwustu osób uznanych za wrogów USA i podpisuje rozkaz ich zabicia za wszelka cenę. Być może, jak to napisał Simon: "To walenie głową w mur, żeby było etycznie, honorowo, po ludzku. " jest także moją cechą i dlatego nie bardzo w taką listę wierzę.
Jednak w filmie bohaterowie wierzą. Składają wniosek o ujawnienie tajnych informacji i rozprawa odbywa się w szczególnych warunkach. Sędzia po zapoznaniu się z materiałem sprawy orzeka, że informacje odtajnione być nie mogą, ponieważ "Inter arma silent leges".
Nie to jest jednak najważniejsze. Bohaterowie nie są zaszokowani tym, że rząd kogoś zabija, tylko tym, że zabija Amerykanina i dzieje się to W USA. Zatem przyznają prawo amerykańskiemu rządowi do zabijania rozmaitych ludzi dla dobra USA, ale poza USA.
Zatem ewentualne torturowanie więźniów, skrytobójcze zamachy, morderstwa są w amerykańskiej tradycji demokratycznej czymś tak oczywistym, jak dla nas Europejczyków chustka do nosa. Zatem nie potrzeba im też jakichś szczególnych warunków, wystarczy wynajęty domek, piwnica lub choćby ziemianka w lesie. Zawodowcy dadzą sobie radę.
W tym wszystkim jest jedna myśl pocieszająca. To nie Amerykanie dokonali "zamachu" w Smoleńsku. Jako zawodowcy nie mogliby dopuścić do takiej fuszerki. Wyłuskaliby samego prezydenta tak, że pozostali pasażerowie przysięgliby, że on wcale nie leciał tym samolotem. A potem przesłuchiwaliby go w jakichś tam Kiejkutach.
Jak już więcej nic nie napiszę, to będziecie wiedzieć dlaczego. Pa.

--
* Nie mylić z dzisiejszymi naziolami na stadionach.

Komentarze  

 
Tadeo
#1 Tadeo
16 kwietnia 2012, 13:41
@ Belfer,
Ja to się wcale nie przestraszyłem, jestem pewien że jeszcze nie raz i nie dwa napiszesz.
 
 
Simon
#2 Simon
16 kwietnia 2012, 20:01
„Zatem ewentualne torturowanie więźniów, skrytobójcze zamachy, morderstwa są w amerykańskiej tradycji demokratycznej czymś tak oczywistym, jak dla nas Europejczyków chustka do nosa. Zatem nie potrzeba im też jakichś szczególnych warunków, wystarczy wynajęty domek, piwnica lub choćby ziemianka w lesie. Zawodowcy dadzą sobie radę.”


Bardzo przepraszam, Belfer, ale poza tym, że masz tu niewątpliwą rację, to jednak, moim zdaniem, jest to tylko pół racji.

Otóż nie sądzę, żeby sytuacja taka była typowa jedynie dla Amerykanów. Uważam, że większość nowoczesnych państw zachodnich ma ten sam problem, czy przywarę – zostaje tylko, jak sam zauważyłeś, różnica potencjału. Przy stosunkowo dużej otwartości i konkurencyjności amerykańskich mediów nie uważam tu akurat Amerykanów za jakoś szczególnie makiawelicznych – kto wie, co z ich potencjałem czynili by dziś Niemcy czy… Chińczycy (a właściwie, to wiemy, niestety). Ale to i tak małe miki w stosunku do tego, co dzieje się z praworządnością w państwach niedemokratycznych.

Bo mimo przerażającej świadomości, że nie jest dobrze podpaść tajnemu łamanemu przez poufne; a nawet jawnej administracyjnej czy skarbowej machinie zachodniego państwa demokratycznego – to lepsza taka niedoskonała Magna Charta, niż żadna.

Bo przy całej świadomości niedoskonałości demokracji w USA cieszę się po dziś dzień i uszami klaskam, że światowej wojny ideologicznej nie wygrał jednak w XX wieku obóz „postępu i pokoju”, jeśli wiecie, co mam na myśli:)

Choć podoba mi się Twój trop strachu przed bezwzględnym państwem i jego służbami… To tylko taka dygresja, że ja bym tam Amerykanów pod ty względem nie demonizował – czy raczej, nie wybielał bym Europy…
 
 
Belfer
#3 Belfer
17 kwietnia 2012, 14:01
Masz rację Simon. Moje poglądy obarczone są pewną skazą emocjonalną. Pozwól, ze „pojadę Mickiewiczem”.
Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, wierzyłem, ze to USA są tą ostoja wolności i demokracji. Utwierdzały mnie w tym rzadko widywane dobre amerykańskie filmy, że przytoczę choćby „Easy Rider” lub „W samo południe”. Myślałem, że to kraj, w którym zawsze zwycięża sprawiedliwość, a honor i godność są niezmiennie wartościami najwyższymi. Srodze się zawiodłem. Po pierwsze okazało się, że dobre filmy to nieliczne perełki w zalewie szmiry produkcyjno-patriotycz nej, przy której dawne kino radzieckie to szczyt artyzmu. Po drugie 9/11 pokazało jak w gruncie rzeczy słabi są Amerykanie, którzy dla złudnej potrzeby bezpieczeństwa są gotowi oddać tajnym służbom prawo do wszystkiego. Oczywiście tajne służby powinny być tajne, ale bez kontroli zaczynają istnieć dla samych siebie.
Oczywiście -podobnie jak Ty – cieszę się z naszej ułomnej jeszcze demokracji i dziękuję losowi i prawom ekonomii, że tzw „obóz” socjalistyczny przestał istnieć.
Przez te wszystkie lata naszej demokracji, gdy miałem możliwość poszerzać swe horyzonty, zacząłem bardziej doceniać demokrację w krajach europejskich i standardy, które w wielu tych krajach zostały wypracowane. Z bólem co prawda muszę stwierdzić, że trwający od roku 2008 kryzys powoduje, że te standardy w niektórych krajach zaczynają spadać na łeb na szyję w zastraszającym tempie. My często narzekamy na naszych polityków, a niestety w innych krajach również doszło do przejęcia władzy przez młodsze pokolenie pozbawionych etyki i kompetencji ludzi. Ale to inne zagadnienie. Wracajmy do naszych baranów.
Jasne, że Kwaśniewski lub Miller a także inni mogli nie wiedzieć o działalności Amerykanów. Być może inni politycy w innych krajach też do dziś nie wiedzą. Jednak faktycznie chciałem się skupić na kwestii wszechwładności państwa. Nie jest dobrze – gdy tak jak u nas – tajne sprawy wyciekają do mediów. Gdy niejaki Macierewicz potrafił kompletnie rozwalić wywiad i kontrwywiad. Ale też wszechwładza amerykańskich tajnych służb, które chyba faktycznie są poza wszelką kontrolą, nie jest dobra dla ludzi.
Był taki serial „Deadwood”. Amerykański, ale bardzo dobry. Pokazywał miasteczko poszukiwaczy złota poza wszelką jurysdykcją. Były tam straszne typy spod ciemnej gwiazdy. Jesień średniowiecza była epoką ludzi światłych i łagodnych w porównaniu z miasteczkiem Deadwood (całkiem prawdziwym zresztą). Jednak dopiero pod koniec serialu, gdy miasto miało zostać włączone do jednego z dwóch stanów USA (nie pamiętam o jakie chodziło) i pojawili się politycy oraz wielki biznes, to widz zmieniał swoje przekonania.
Zaczynał rozumieć, ze te wszystkie zakapiory i bandziory z Deadwood to w gruncie rzeczy byli twardzi, ale dość przyzwoici ludzie, a przynajmniej mieli jakieś zasady.
 

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze