Prof. Piotr Gliński przejdzie do historii jako kandydat na premiera, który najszybciej zakończył misję formowania rządu. Zaledwie 2 godziny po zgłoszeniu jego kandydatury Janusz Palikot oświadczył, że "jego żona Monika nie zgadza się na Glińskiego". Co oznacza, że misja Profesora zakończyła się fiaskiem zanim się jeszcze zaczęła. Prosta arytmetyka wskazuje bowiem, że bez Ruchu Palikota nie uda się odwołać obecnego rządu. Trudno posądzać profesora o nieznajomość arytmetyki, tak więc oczekiwać należy rychłego ogłoszenia fiaska jego misji.

Profesor coś wspomniał o tym, że był zwolennikiem PO-PiSu, co mogło by sugerować, że zamierza tworzyć rząd w oparciu o poparcie części Platformy. Zapewne chodziło by tu o ministra Gowina i jego konserwatywne skrzydło. Problem w tym, że Gowin już jest w rządzie więc po co miałby tworzyć nowy w oparciu o tak niepewne przedsięwzięcie? Możliwe, że Gowin chciałby się wybić na niezależność i założyć własne ugrupowanie - ale udział w takim projekcie jest uzależnieniem się od kaprysu prezesa PiS, czyli popadnięciem w uzależnienie dużo gorsze. Po lekcji, jakiej Kaczyński udzielił swoim koalicjantom w 2007 roku żaden zdrowy na umysle polityk nie wiejdzie z nim w spółkę.

Jeśli więc profesor Gliński kieruje się elementarną logiką i umiejętnosią przewidywania, to wkrótce ogłosi zakończenie swej misji. Jeśli nie, to wykaże tym samym brak kwalifikacji do bycia premierem.

Inna rzecz, to pytanie po co PiS w ogóle robi taki cyrk? Jeśli chodzi tylko o budzenie zainteresowania mediów, to temat smoleński był ewidentnie bardziej nośny. Z PR-owego punktu widzenia pomysł ten jest absurdalny: porażka prof. Glińskiego będzie bowiem w oczach społeczeństwa kolejną, na długiej liście, porażką Prezesa.

Ciekawe też co ma z tego prof. Gliński. Złość, z jaką zareagował na pytanie, czy w zamian dostanie miejsce na liście PiS do europarlamentu wskazuje, że coś tu faktycznie jest na rzeczy. Choć pozłościł się i pooburzał, to jednak bynajmniej nie zaprzeczył. A jak nie zaprzeczył, to potwierdził.